Jestem poważną kobietą i tańczę w deszczu.

Swego czasu chciałam być poważną kobietą. Taką, która się nie spóźnia, a w torebce ma tylko to, co potrzebne. Chciałam przestać gubić różne rzeczy i nie zapominać o podlewaniu kwiatów. Myślałam, że muszę odnaleźć własny styl i dojść do ładu ze swoją szafą.

Chciałam być poważną kobietą. Taką, która nie rozpłacze się na reklamie proszku do prania i powstrzyma się od komentarza, kiedy coś głupiego przyjdzie jej do głowy. Chciałam przestać histeryzować i ograniczyć kolekcję notesów z przesłodzonymi okładkami. Nie chciałam już więcej zaczytywać się w infantylnych, podobno motywacyjnych cytatach i przyklejać inspirujące zdjęcia do ściany taśmą.

Chciałam mieć poważną pracę, poważny związek i poważne plany na przyszłość. Poważne ubrania w szafie i poważne filmy na liście do obejrzenia. Chciałam mieć poważne książki na półce i poważne powody do kłótni. Chciałam mieć poważne podejście do życia, poważny wzrok i poważne fale na głowie.

Jednak coś ewidentnie poszło nie tak, bo nadal mam rozbiegane oczy i rozwiane włosy. Nadal zadzieram skórki przy paznokciach kiedy się denerwuję i płaczę, kiedy w telewizji remontują komuś dom. Ciągle skaczę od stylu boho, przez elegancki aż po sportowy. Tą samą miłością darzę adidasy i szpilki. Czuję się dobrze w sukience mini i w luźnym kombinezonie. Ten z dzisiejszych zdjęć jest z Orsay i polubiliśmy się od pierwszego założenia. Jednego dnia spotkasz mnie z wiklinowym koszykiem i kapeluszem na łące, a  drugiego dnia będę siedzieć w kawiarni w 12-centymetrowych szpilkach i ołówkowej spódnicy. Nie mam jednolitej szafy i idealnej fryzury. Czasem na głowie mam fale, a czasem dwa koki jak mała dziewczynka. Najczęściej związuję włosy na czubku głowy, a frywolne pasemka radośnie majtają się przy twarzy denerwując mnie przy tym niemiłosiernie. Gubię wszystkie drobiazgi, zostawiam portfele w sklepach i nie zamykam auta. Zawsze wracam się do drzwi i naciskam klamkę, żeby sprawdzić czy przekręciłam klucz. Jadę do lekarza bez skierowania i na wybory bez dowodu osobistego. Gubię sekatory i długopisy. Nie pamiętam o spotkaniach, a kiedy jednak o nich pamiętam, to się na nie spóźniam.

Uwielbiam robić balony z gumy do żucia dopóki nie zacznie boleć mnie żuchwa. Zaśmiewam się w głos w najmniej oczekiwanym momencie i nigdy nie potrafię się powstrzymać. Dostaję głupawki w środku nocy, a na parkiecie króluję do rana. Czasem wypiję zbyt dużo i przeklnę zbyt mocno. Ciągle sobie żartuję i odwracam się, kiedy przyjaciółka mówi „tam jest, tylko się teraz nie patrz”. Obrażam się i uskuteczniam focha. Ciągle zbyt głośno krzyczę i zbyt rzewnie płaczę. Nie panuję nad emocjami i pragnę rozwalić pół domu, kiedy coś i nie wychodzi. Tupię nogą i przewracam oczami.

Zrywam polne kwiaty podczas gdy w tyłek parzy mnie pokrzywa. Nie mam do tej pory sprecyzowanego planu na kolejne pięć lat swojego życia i nie mam jeszcze własnej firmy. Boję się zostać prawdziwą bizneswoman. Nieprzerwanie marzę i błądzę w chmurach. Zasypiam z wizją spełnionych pragnień i lubię, kiedy w moim życiu pojawia się choć odrobina magii.

Wzruszam się bezczelnie na ckliwych komediach romantycznych i lubię wracać do piosenek z lat 90tych. Książki, które czytam w większości nie są poważne, a z głośników nie leci muzyka klasyczna. Tańczę na środku ulicy lub z kijem od miotły. I w aucie. Pieję za kółkiem razem z ulubionym zespołem i pląsam przy tym wolną nogą, kiedy nie naciskam na pedał sprzęgła. Wychodzę na spacer z psem w czarnych kapciach, białych skarpetkach i z kubkiem kawy w dłoni.

Uwielbiam infantylne notesy i zeszyty do spisywania własnych myśli. Kocham bzdurne cytaty, które niejednokrotnie podnoszą mnie na duchu.

Ciągle wierzę w ludzi.

Swego czasu chciałam być poważną kobietą.

Nie wiem kiedy i jak to się stało, że poczułam tak wielką presję bycia poważną i dorosłą. A może sama zmęczyłam się już moim roztrzepanym usposobieniem i miałam dość śmieszkowania po kątach. Coś się zadziało takiego, że w mojej głowie pojawiło się czerwone światło na wszystkie moje powyższe zachowania. Uważałam, że w mojej szafie powinien pojawić się klasyczny trencz i czarne espadryle. Na mojej półce nocnej książki o poważnej tematyce, a w sercu opanowanie i racjonalne podejście. Myślałam, że nie jestem wystarczająco dobra, jeżeli w tym wieku nie wybudowałam jeszcze domu, nie zostałam matką i nie założyłam własnej firmy. Myślałam, że muszę w końcu być poważna. Ale co to tak właściwie znaczy?

Jeżeli śpiewam podczas brania prysznica udając, że słuchawka to mikrofon, to znaczy, że jestem niepoważna? Jeżeli rzucam sarkastycznymi żartami w towarzystwie to też znaczy, że jestem dziecinna? Jeżeli płaczę za każdym razem na ostatnim odcinku Przyjaciół to oznacza, że nie jestem dobrym partnerem do poważnych rozmów?

Poważny człowiek nie musi być gigantem w biznesie, wyjeżdżać na wakacje cztery razy w tygodniu, mieć dwójki dzieci i dwadzieścia garniturów w szafie. Nie musi też mieć przysłowiowego kija w czterech literach i opowiadać tylko przyzwoite kawały. Poważny człowiek nie musi powstrzymywać łez i przywoływać uśmiechu na zawołanie.

Dla mnie bycie poważną równa się z odpowiedzialnością za swoje czyny i słowa, empatią, wsparciem i szacunkiem dla drugiego człowieka.

A przy okazji mogę również tańczyć w deszczu.

Wpis powstał we współpracy z firmą Orsay.

Ten genialny kombinezon znajdziecie tutaj. Jeżeli mam być szczera, to tym wyborem bardzo mocno ryzykowałam. Miałam kiedyś w swojej szafie jeden kombinezon, w którym nie do końca czułam się swobodnie, a to jest dla mnie bardzo ważne. Tym razem wybrałam tę stylizację trochę na przekór sobie i całe szczęście! Wyszłam poza swoje ramy, zaryzykowałam i okazało się, że czuję się w nim świetnie! I muszę napisać, że ten kombinezon prezentuje się po prostu zacnie, sami przyznajcie.

***

Jeżeli ten wpis Ci się spodobał, bądź aktywnym czytelnikiem i wyślij go w świat za pomocą przycisków, które widnieją poniżej. Z góry dziękuję!

PODOBNE WPISY