Wstaję rano z łóżka, narzucam swój szary szlafrok na ramiona i porządnie się nim okrywam. Mimo ciepła w domu, przechodzą mnie dreszcze. Schodzę bosymi stopami do łazienki omijając miejsca, o których wiem, że odezwą się w ciszy. Zimna woda zmywa z mojej twarzy resztki snu. Tylko ślad po poduszce na policzku musi jeszcze zniknąć. Znowu spałam na brzuchu.

Słońce dopiero nieśmiało wychyla się zza horyzontu, włączam delikatne światło w kuchni i wstawiam wodę na imbirowy napar. Obejmuję się ramionami i postanawiam wystawić się na chłodne, jesienne powietrze. Moje stopy dotykają drewna na tarasie. Zimno. Powietrze dopomina się moich płuc. Chwilę się wzbraniam, nie chcę zachorować. W końcu jednak się poddaję i wciągam długo i głęboko powietrze, które wypełnia mnie całą. Szumi mi w głowie. Cisza wokół rozbrzmiewa echem. Jakby świat nie istniał. Jakby się zatrzymał i na chwilę zapomniał, że jest poranek i wypada się przywitać. I tylko słońce ciągle wzbija się ku górze. Ono jedyne pamięta.

Uciekam do domu, nakładam na stopy grube skarpety. Zawsze są zimne. Dłonie też. Podobno mam to po tacie.

Zalewam imbir wrzątkiem i czekam.

Myślę, że mam dobre życie. Nie jest idealne, nie jest niewyobrażalnie fascynujące i zapierające dech w piersiach. Jest po prostu dobre.

Mam dobre problemy i dobrego męża. Mam dobrą herbatę w domu i dobrą patelnię do smażenia naleśników. Mam dobre wyniki krwi i dobre wsparcie u przyjaciół. Mam dobrego psa i dobrą trasę na spacery.

Mam dobry aparat i dobre oko do zdjęć. Mam dobrych rodziców i dobrych kilka swetrów. Mam dobre nastawienie i dobre curry w lodówce. Mam dobre pomysły i dobre książki na półce. Mam dobre choroby i dobre wątpliwości. Mam dobre kłótnie i dobrą celność, kiedy rzucam talerzami. Mam dobry dach nad głową i dobry chleb.

Mam dobry fotel w salonie i dobry leżak w ogrodzie. Mam dobre kontakty w telefonie i dobre zdjęcia w ramkach. Mam dobry kapelusz z Paryża i dobre wspomnienia w głowie. Mam dobre marzenia. Mam dobre cele. Mam dobre plany. Mam dobre nadzieje. Mam dobre serce.

Wciskam do imbiru sok z cytryny. Cholerne pestki, znowu wpadły do kubka. Miód oblepia łyżeczkę, a odrobina spływa na blat. Czy zawsze to musi wyglądać jak miejsce po wojnie? Przecież chciałam tylko wlać w siebie trochę zdrowia z rana. Sprzątam, siadam do stołu, podciągam kolana pod brodę. Biorę pierwszy łyk. Dobry, jak zawsze. Jak ukojenie dla mojej porannej wersji. Teraz wiem, że dzień może się już rozpocząć.

Myślę, że mam wiele. Dobrych ludzi i dobre sytuacje.

Mam też problemy, choroby, wątpliwości, lęki, niewytłumaczalną potrzebę płaczu i rozdzierającego krzyku. Mama złe dni, poczucie beznadziejności i kolejne załamania.

Ale jest dobrze. Bo to moje życie. Moje kłopoty, mój strach i moja niezręczność. Moje łzy i moje kłótnie. Moje smutki, żale i niedopowiedzenia. A jeżeli coś jest moje to znaczy, że sobie z tym radzę. Że potrafię z tym żyć.

Nie chcę mieć wszystkiego. Nie chcę spełniać oczekiwań innych. Nie muszę mieć tego, co mają inni. Nie potrzebuję żyć obcymi marzeniami. Nie chcę nikogo gonić. Nie chcę się zabijać, żeby coś udowodnić. Nie chcę wspaniałego, cudownego i idealnego życia innych. Chcę mieć swoje. Jedyne. Wyśnione. Na własnych warunkach. Dobre życie.

Wstawiam kubek do zmywarki. Wracam na górę. Delikatnie przeczesuję Jego włosy, wybudzam Go ze snu. Czas rozpocząć ten dobry dzień.

∗∗∗

Macie swoje dobre życie? Mimo wszystko. Mimo problemów i upadków. Uważacie, że Wasze życie zasługuje, żeby nazwać je dobrym?

∗∗∗

Jeżeli ten wpis Ci się spodobał, bądź aktywnym czytelnikiem i wyślij go w świat za pomocą przycisków, które widnieją poniżej. Z góry dziękuję!

PODOBNE WPISY