Potęga Kiedy. Najważniejsza lekcja, którą wyciągnęłam z książki

Jestem sową!

Zawsze twierdziłam, że jestem sową. Poranne wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną niezależnie od pory zaśnięcia poprzedniego dnia. Najlepiej czułam się wieczorem – pełna kreatywnej energii, rzucająca pomysłami na prawo i lewo, i tworząca misterny plan podbicia świata. Kiedy inni rozluźniali się po pracy, przygotowywali do snu, ja dopiero rozkładałam swoje notesy, książki i działałam. Efekty były różne, co nie wyklucza, że wieczór to moja ulubiona pora na wszelkie aktywności – tę fizyczną też.

Na początku walczyłam z tym bardzo, ponieważ chciałam być skowronkiem! W moim idealnym świecie wstawałam wcześnie, brałam się do pracy jeszcze o świcie, miałam na wszystko czas, bo oczywiście wyrabiałam się ze swoimi zadaniami jeszcze o poranku. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że za cholerę nie potrafiłam wprowadzić tego w życie. Za każdym razem, kiedy podejmowałam wysiłek o moją “lepszą codzienność” czułam, że to nie idzie w zgodzie z moim organizmem. No ale oczywiście próby podejmowane były ciągle. Każda kończyła się tym, że jednak skowronek ulatywał wysoko do nieba, a ja zostawałam ze starą, poczciwą sową. Przyznam, było to dołujące. No bo jak to jest, że inni funkcjonują w ten sposób bez problemu, a ja nie potrafię, Dziwna jakaś, czy co?

Potęga Kiedy

potęga kiedy

Jakiś czas temu książka Potęga Kiedy rzuciła mi się w oczy. Prawie nigdy nie czytam książek, kiedy są promowane. Przeczekuję ogólne zainteresowanie i dopiero wtedy ze spokojem sięgam po daną pozycję. W tym wypadku zrobiłam wyjątek. Wiedziałam, że to coś dla mnie. Już od pierwszych stron czułam, że ta książka jest wyjątkowa. Po odłożeniu jej na półkę w niedzielę wiedziałam, że dzięki niej mogę w końcu zacząć funkcjonować tak, jak już dawno powinnam, czyli w zgodzie z własnym zegarem biologicznym.

Ta książka otworzyła mi oczy. Pokazała, jak niewiele potrzeba, żeby moja codzienność nabrała rumieńców i uśmiechu, a pozbyła się inercji sennej (uczucie otępienia po przebudzeniu) i rozdrażnienia. Pan Breus uświadomił mi, że na początek wystarczy kilka drobnych zmian w niektórych sferach życia, żeby jego komfort w znacznym stopniu się poprawił. Byłam pewna, że nic nie da się zrobić z wieloma aspektami z mojej codzienności. A jednak! Nic bardziej mylnego. Jestem bardzo podekscytowana, ponieważ czuję, że rezultaty wprowadzonych zmian będą dla mnie wybawieniem.

Doktor Michael Breus odchodzi od ogólnie przyjętego podziału ludzi na sowy i skowronki i proponuje podział na delfiny, lwy, niedźwiedzie i wilki. Jest on bardziej szczegółowy, dokładny, precyzyjny i wnikliwy.

Cześć, niedźwiedź jestem, a Ty?

Po rozwiązaniu testu na odpowiedni chronotyp, dowiedziałam się, że jestem niedźwiedziem, tak jak blisko 50% całej populacji. Czytając dokładny opis mojego chronotypu co jakiś czas kiwałam głową ze zdumieniem i zaciekawieniem. Czyżby pan Breus mieszkał w mojej szafie i mnie szpiegował? Prawie wszystko zgadzało się z moimi przyzwyczajeniami, charakterem, nawykami i to w takich szczegółach, że momentami byłam pod prawdziwym wrażeniem. I zajrzałam do tej szafy, czy aby na pewno nie ma tam jakiegoś sympatycznego psychologa klinicznego.

Uwielbiam spać. Mogłabym to robić przez większą część dnia, a zwłaszcza o poranku. Mnóstwo pomysłów spływa na mnie dokładnie z momentem wtulenia głowy w poduszkę. Często siedzę po nocach, bo wtedy dobrze mi się myśli. Lubię ciszę, która mnie napędza do działania, a notesy same się zapełniają. Niezłego powera mam też kilka godzin po przebudzeniu. Potrafię być wtedy mocno zdyscyplinowana i niesamowicie pracowita. Jeżeli odwiedzicie mnie w wolny dzień około 10 rano i coś śmignie Wam przed nosem z prędkością światła, a później jeszcze raz i jeszcze raz, to będę to ja. Rozpiera mnie w tych godzinach energia i potrafię zrobić naprawdę wiele w bardzo krótkim czasie, bez zbędnego marudzenia, czy zasypiania na stojąco. O nie, nie. Bo ja zasypiam na stojąco po godzinie 14stej. Jednak nawet, kiedy mam możliwość, to nie drzemię. Boję się, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafię tego robić prawidłowo. Zasypiam na o wiele dłużej niż 15-20 minut i zaburzam tym samym cały swój cykl. Budzę się w opłakanym stanie, a nocą liczę cholerne barany, które później grają główną rolę w koszmarach, jak już w końcu zasnę.

W moim przypadku po tej lekturze wszystko rozbija się o jedno słowo. Jedno zagadnienie, które do tej pory siedzi mi w głowie i nie chce jej opuścić. Jedna sprawa, a tak bardzo ważna.

Sen.

potęga kiedy

Sen. Sen. Sen. I jeszcze raz sen.

Moim zdaniem przede wszystkim chodzi właśnie o sen. To było wiadome, bo przecież wiem, że trzeba się wysypiać ileś tam godzin na dobę, że trzeba dać organizmowi czas na regenerację i na miliardy niezwykle ważnych czynności, które w tym czasie podejmuje. No niby wiem. Ta wiedza nie odwiodła mnie jednak od traktowania snu po macoszemu. Myślałam, że ograniczając sen, zrobię więcej i lepiej. Tylko słabi śpią – mówili. No to nie spałam, a raczej spałam, ale po 5-6 godzin na dobę. Pod koniec takiego tygodnia byłam wyczerpana, wymęczona, zirytowana, a wyglądem przypominałam gremlina, czy inne zombie. Dodatkowo  wcale nie nadrabiałam zaległości. Okazywało się raczej, że tonęłam w niezałatwionych sprawach, niedokończonych projektach i bazgrołach w notesie, które powinny być konkretnym planem działania, a były raczej marną kopią zeszytu pierwszoklasisty. W sobotę trochę odsypiałam, w niedzielę zazwyczaj znowu był to sen nie dłuższy niż 6 godzin. I tak na okrągło. Obiecywałam sama sobie milion razy, że tak dłużej nie może być, że koniec z tym i od jutra zaczynam nowe, produktywne życie. Nic to. Przegrywałam sama ze sobą. Znowu siedziałam po nocach, a rano trzeba przecież wstać do pracy. Więc zwlekałam się, dosłownie zwlekałam się z łóżka i przez co najmniej pierwszą godzinę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Przez kolejną dochodziło do mnie, jaka to planeta, jak się nazywam i który to dzień tygodnia. Reszta dnia nie była lepsza, więc próbowałam nadrabiać wieczorami, odsuwając wizję wcześniejszego snu coraz dalej i dalej, aż w końcu znowu okazywało się, że jest środek nocy, a ja robię niezwykle ważną rzecz – inspiruję się na Pintereście.

To naprawdę męczące. A jeszcze bardziej dołujące są wyrzuty sumienia i złość na samą siebie. Bo głupia, bo nie potrafię nawet normalnie funkcjonować, bo sobie obiecuję, a cienka dzida jestem i nie dotrzymuję obietnic, bo nie potrafię ruszyć z tym i z tamtym. I tak na okrągło. No można oszaleć.

Wystarczyły soczyste konkrety, których dostarczył mi autor książki. A mianowicie, co działa źle, kiedy zaburzam swój rytm snu. A działa źle wszystko. Absolutnie wszystko. Dopiero dotarło do mnie, że jeżeli chcę czuć satysfakcję w życiu prywatnym i na polu zawodowym, muszę mądrze spać. A co to znaczy mądrze? Zadbać o odpowiednią długość snu, jego jakość, a  przede wszystkim porę zasypiania i budzenia się.

W książce znajdziecie wiele arcyciekawych informacji, które okażą się bardzo pomocne w życiu codziennym. Ja jestem bardzo zadowolona po lekturze i szczerze ją polecam wszystkim, którzy są na tyle otwarci, żeby przyjąć do siebie proponowane w tej książce nowości.

∗∗∗

Czytaliście tę książkę? Jakim chronotypem jesteście?

Ja mam w domu delfina z predyspozycjami do snu zapożyczonymi od lwa – jak  żyć? :)

∗∗∗

Jeżeli ten wpis Ci się spodobał, bądź aktywnym czytelnikiem i wyślij go w świat za pomocą przycisków, które widnieją poniżej. Z góry dziękuję!

Tagi:

PODOBNE WPISY