Kasowałam pierwsze zdania tego tekstu wiele razy. Zastanawiałam się bardzo długo jak mają brzmieć moje słowa. O czym mam napisać po tak długiej nieobecności. Czy w ogóle jeszcze potrafię wejść w ten znany stan upojenia, gdy rytmicznie stukam w klawiaturę.

Okazuje się, że potrafię. Co bardziej zaskakujące, potrzebuję tego. Czułam to już od dłuższego czasu, ale teraz, kiedy to ósme zdanie wymyka mi się spod palców, czuję to całą sobą. Och jak brakowało mi tego przyjemnego mrowienia w klatce piersiowej, kiedy wena zalewa mi serce i powstaje stary, dobry tekst. Nie miałam pojęcia, że tak bardzo to kocham.

. żeglarz wrócił do domu

Postanowiłam, że nie będę robiła wielkiego, przydługiego wywodu w temacie reanimacji tego miejsca i mojego powrotu. Pracowałam sobie nad nim po cichutku. Zdecydowanie zbyt długo. Ale to już inna para kaloszy, nie ruszajmy jej. No i jest. Zupełnie inne, niż chciałam. Może mniej spójne kolorystyczne, zbyt nachalne w swojej pstrokatości, niezupełnie skończone. Ale teraz od idealnego wyglądu bloga, liczy się dla mnie bardziej moja obecność na nim. Wiem, że teraz to miejsce odżyje, a ja razem z nim. To zawsze była moja bezpieczna przystań w świecie online. Wracam do tej przystani jak styrany żeglarz z wielkim poczuciem ulgi, że dotarł do domu. I ja wróciłam do domu. Do mojego ukochanego miejsca, które od pierwszych słów było dla mnie wyjątkowe. Chyba jeszcze nigdy nie czułam takiego spokoju, a jednocześnie ekscytacji związanej z obecnością na blogu. Pozwolę, żeby wszystko rozwijało się spokojnie, w swoim naturalnym rytmie. Bez presji na sto wpisów tygodniowo, ale z wiarą, że już tutaj zostanę. Na swoich zasadach.

. czas trochę poczarować

Jako, że nie planowałam osobnego tekstu o moim rzekomo wielkim powrocie, myślałam długo o czym powinien być pierwszy wpis. Nie oczekiwałam fanfar, jednak chciałam zaznaczyć swoją obecność. Im więcej kombinowałam tym większą miałam pustkę w głowie. I na jednym ze spacerów, kiedy moje myśli były zupełnie gdzie indziej, nagle to poczułam.

Najbardziej na świecie kocham fotografię. Uwielbiam dobrze karmić ludzi. Lubię zaczarować kolejne strony, kolejne kadry. Stało się dla mnie jasne, że przywitam Was po prostu przepisem na pyszny comfort food, dorzucę odrobinę swoich słów i całkiem sporą dawkę zdjęć.

. ta dziewczyna kocha mieszać mąkę z jajkami

Stąd pomysł na dzisiejsze naleśniki. Nie wiem czy wiecie, ale ta dziewczyna stukająca w klawiaturę koi swoje nerwy dorzucając mąkę do jajek. Uspokaja się, kiedy za każdym kolejnym ruchem zmniejsza się ilość grudek w cieście i staje się ono jedwabiście gładkie.

Szybka kontrola gęstości. Ciasto spływa idealnie z chochli. Można odstawić na pół godziny. Tak zalecają. Tak też robię. Dzisiaj mam na to czas. Najczęściej rozgrzewam patelnię już wtedy, kiedy dopiero wlewam mleko do miski. Dziś mam czas.

Dziś podam naleśniki w towarzystwie jabłek. W pośpiechu wycieram dłonie w kuchenny ręcznik. Zmieniam puchate, beżowe kapcie na czarne, wysokie kalosze i wychodzę. Otwieram jedną furtkę. Drugą. Aż w końcu za trzecią widzę sad. Szukam papierówek, które zdążyły już spaść z drzewa. Takie są najlepsze. Żółte, słodkie, gotowe. Zapomniałam koszyka. Podwijam więc fartuszek, dobrze, że go nie ściągnęłam, i wrzucam do niego delikatnie jabłka. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Wystarczy. W jedną sztukę wgryzam się od razu. Sok pryska na boki i spływa mi po brodzie. Brudzę sobie całą rękę. Znowu będę się kleić. Od nadmiaru słodkości, dobroci i prostego życia. Nie potrzeba mi wiele. Śpiące dziecko, odpoczywające ciasto na naleśniki i brak robaka w zebranym z ziemi jabłku. Ot, cała moja filozofia na relaks.

. proste życie, które okazuje się być całkiem wyjątkowe

Sielanka przyspiesza. Obieram, wycinam gniazda nasienne, kroję, wrzucam na masło. W tym samym czasie sprawdzam czy patelnia jest już odpowiednio nagrzana, opuszczając nad nią dłoń, bardzo nisko. Można smażyć. Ciasto zaczyna się panoszyć po całej patelni. Jabłka skwierczą, podlewam je wodą. Kolejny naleśnik trafia na coraz wyższą wieżę. Mieszam ser z jogurtem i miodem. Już nie mogę się doczekać. Smaruję, składam, posypuję, stawiam na stole.

Pierwszy ruch widelcem. Pierwszy kęs. Ser jest zimny, jabłka i naleśniki prosto z patelni. Cholera, gorące! Pyszne. Och, jakie pyszne. Ostatnie oddechy lata na widelcu, spływające na talerz, znikające w mgnieniu oka. Lubię zamykać oczy kiedy jem dobrze. Zamykam więc. Czuję już jesień, która powoli zerka w naszą stronę. Chodź. Jestem na Ciebie gotowa. Zapraszam. Zatańczymy razem najpiękniejszy jesienny taniec. No, chodź.

mama. mama. maaaaamuuuusia.

Idę już, idę.

Zostawiam Was z pomysłem na śniadanie czy kolację. Przepis byłby tu nadużyciem, tak bardzo jest to proste danie. Korzystajcie, róbcie, smakujcie. Dorzućcie sok z cytryny do kremowego serka, jabłka posypcie sowicie cynamonem, zaparzcie mocną kawę.

Mam nadzieję, że czekaliście troszkę na mnie. Ja będę czekać tu na Was. Z prostym życiem, które okazuje się być całkiem wyjątkowe.

PODOBNE WPISY

  1. Odpowiedz

    Natalia

    13 września 2022

    Wow! Wspaniale piszesz. Wiedziałam to po postach na Instagramie, ale jednak blog to inna płaszczyzna, a Ty doskonale się na niej odnajdujesz. Pisz dalej. Będę zaglądać!

  2. Odpowiedz

    Karolina

    13 września 2022

    Lubię te twoje jedzeniowe kadry. Patrząc na zdjęcia można poczuć zapach smażonych naleśników, słodycz jabłek rozlewająca się po języku. Może i przepis jest prosty, ale smakuje domem. Jesienną ostoją wypełniona ciepłem i aromatami. :)

  3. Odpowiedz

    Ruuvattu

    13 września 2022

    Cieszę się, że wróciłaś! Dobrze Cię czytać i widzieć Twoje małe arcydzieła fotografii ❤️

  4. Odpowiedz

    zielonydeszcz

    12 września 2022

    wiem, że brzmię nudno, ale uwielbiam to jak tworzysz – jest najpiękniej!

ZOSTAW KOMENTARZ