Kiedy raz uśmiech zawitał na Twojej twarzy? Taki bez powodu. Bez dowcipu. Bez wymuszonej uprzejmości. Kiedy ostatni raz uśmiechnąłeś się sam do siebie? A kiedy się roześmiałeś? Głośno, szczerze i bez pohamowania? Co robisz, żeby się zrelaksować?

. zamiast siedzieć na parapecie, wycieram go z kurzu

Czytam książki. Słucham muzyki. Tańczę. Chodzę po lesie. Przeglądam albumy. Oglądam filmy. Rozmawiam. Śpiewam pod prysznicem. Kołyszę biodrami podczas gotowania. Siadam na parapecie i obserwuję przejeżdżające samochody. Podlewam kwiaty. Zrywam owoce w sadzie. Zbieram pomidory ze szklarni. Zakręcam lato w słoikach.

To niewątpliwie wspaniała wizja. Wymarzony spokój. Poczucie obecności w danym momencie. Tylko czy naprawdę tak jest? Czas się przyznać przed samą sobą, że trochę się pogubiłam. Ostatnie miesiące nie należały do najłatwiejszych, a ja zamiast się sobą zaopiekować, zapomniałam. Zapomniałam jak to jest nie czuć ciągłej presji, nieustającego chaosu, świdrującego smutku i uścisku w klatce piersiowej.

Tak naprawdę czytam kiedy mam na to siłę. Nie tańczę, a muzykę włączałam tylko do pracy. Jeden film oglądam przez tydzień – urywek po urywku. Prysznic biorę w 6 minut, a w kuchni kołyszę biodrami tylko wtedy, kiedy chcę zamknąć szufladę. Zamiast siedzieć na parapecie, wycieram go z kurzu. Po pomidory i owoce wysyłam męża. Nie wiem ile już cukinii mamy na krzaczku, bo nie sprawdziłam tego od tygodnia. A słoiki tylko otwieram, te od mamy.

. biegniemy, bo się do tego przyzwyczailiśmy

Łapię się na tym codziennie. I zastanawiam się, do cholery dziewczyno, gdzieś Ty się podziała?! Gdzie jest Twój spokój, poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji. Hej, obudź się. Bardzo grzecznie proszę, obudź się. Otrząśnij. Zatrzymaj. Zastanów. Przemyśl.

Wiecie, to już jest jak nawyk. Biegniemy, bo się do tego przyzwyczailiśmy. Bo taka jest codzienność, praca, obowiązki. Bo tak robią inni. Bo nie wypada odpoczywać, kiedy wokół wszyscy osiągają więcej, zarabiają więcej, wyjeżdżają więcej. To może ja też tak muszę. Więcej, szybciej, mocniej. Do zatrzymania. Akcji serca. Do momentu, w którym granica pęknie jak lód pod ciężarem. I znowu trzeba będzie się wygrzebać z dna. Pewnie, że się wygrzebiemy. Pytanie po co? Po co tego dna sięgać? Po co biec przed siebie aż do utraty tchu i na końcu dusić się powietrzem, którego przecież tak potrzebujemy?

. kiedy uśmiechnąłeś się bez powodu? tak tylko pytam

Przecież można spokojnie, stabilnie, regularnie, a nadal do przodu. Tak naprawdę to jest tylko zbitek przypadkowych słów. Ani u mnie się nic nie zmieni po napisaniu tego tekstu, ani u Was się nic nie zmieni po przeczytaniu go. Ale czy to nie jest pierwszy, bardzo mały, ale jednak krok do tego, żeby coś zmienić? Coś zmienić. Zmienić. Słowo klucz. To my jesteśmy zmianą. Nie Jola z jakiegoś bloga, nie sąsiadka spod czwórki, nie kolega z pracy. Einstein mówił, że szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Bingo. Tak proste, że aż trudne, prawda? Uwiera Cię coś? Przeszkadza? Ściąga w dół? Przytłacza i sprawia, że nie potrafisz wziąć głębokiego oddechu?

Kiedy uśmiechnąłeś się bez powodu? A nic, tak tylko pytam. Z ciekawości.

To ja w tym tygodniu zatańczę w końcu do ulubionych rytmów. Dokończę oglądać Top Gun (tak, pierwszą część). Ugotuję coś przy muzyce, powoli. Usiądę na ten cholerny parapet i spróbuję zgadnąć, dokąd jedzie to czerwone auto. Zabiorę kawę w termosie i pojadę do lasu, a wieczorem otworzę ukochany album o Nowym Jorku i będę go dokładnie przeglądać.

. odłożę telefon i namaluję obraz / malowanki CreArt od Ravensburger

I zrobię jeszcze jedną rzecz. Odłożę telefon. Zostawię go, na tym sławnym już parapecie, w innym pokoju. I sięgnę po pędzel i farby. Tak, dobrze czytacie. Czy potrafię malować? Ani trochę. Czy mam na to sposób? Zdecydowanie.

Dzisiaj w ramach współpracy chcę Wam polecić wyjątkowe produkty – malowanki CreArt od firmy Ravensburger. Rzecz polega na tym, że malujecie po numerkach. Otóż w jednym takim zestawie dostajecie wstępnie wydrukowaną planszę, pędzel wysokiej jakości, pojedynczo zamykane pojemniki z farbą i ramkę. Plansza jest wypełniona numerkami, a ich odpowiedniki znajdziecie na farbach. To jest naprawdę bardzo proste. W zależności od wybranej metody, otwieracie farbę z konkretnym numerem, szukacie go na planszy i wypełniacie kolorem lub otwieracie wszystkie farby i malujecie obraz fragment po fragmencie. Ot, cała filozofia. I tak naprawdę tu mogłabym skończyć materiał sponsorowany. Ale to zdecydowanie za mało, żeby opisać Wam, jak genialne są to produkty.

Garść ciekawostek: są to farby akrylowe, które są rozcieńczalne w wodzie; plansza to płótno z certyfikatem FSC (materiały pochodzą z odpowiedzialnej gospodarki leśnej), drewniane pędzle; produkty są opracowywane w Europie. istnieją trzy różne poziomy trudności. Od siebie dodam, że to idealny pomysł na prezent.

Moje odczucia na początku były mieszane. Kiedy zobaczyłam ile jest tych numerków, to w głowie miałam tylko, no way, nie ma szans, że to pomaluję. Ile czasu mi to zajmie? Ale jedna z moich zasad mówi, żeby nie oceniać czegoś, jeżeli tego nie spróbowałam. Zarezerwowałam sobie czas i przygotowałam miejsce. Wyciągnęłam płótno, farby i pędzel oraz wodę w szklance. Bardzo niepewnie i z ogromnie niestabilną dłonią zaczęłam malować. Niezbyt mądrze na pierwszy ogień wybrałam napis, w kolorze czarnym. Moja trzęsąca się ręka szybko wytknęła mi ten błąd. Ale z każdym kolejnym pociągnięciem pędzla było coraz lepiej. Myślę, że będąc w jednej trzeciej procesu, zaczęłam się rozluźniać. Ale powinnam raczej napisać ROZLUŹNIAĆ. Naprawdę, tak całkiem szczerze, uspokoiło mnie to tak bardzo, że zapomniałam na chwilę o całym świecie. Jedno, to malowanie, ale druga sprawa to wyszukiwanie numerków – co to jest za genialny sposób na skupienie i wyciszenie, to ja nie mam pytań. Dodatkowo widząc, jak minuta po minucie wyłania się prawdziwy obraz i, że ten obraz powstaje po moich ruchach pędzla, czułam niesamowitą satysfakcję. Zwłaszcza będą kompletnym beztalenciem w kontakcie z farbami. Zatem już wiecie, że namalowałam obraz, ciśnie mi się na usta „tymi ręcami”, ale to poważny blog. A może nie?

Podrzucam Wam bezpośredni link do malowanek CreArt Ravensburger. KLIK PO PRODUKTY.

W każdym razie dwa kolejne płótna już czekają i szczerze nie mogę się doczekać, kiedy znowu sięgnę po pędzel. Na pewno będę pokazywać Wam na Instagramie co tym razem mi z tego wyjdzie. A jestem pewna, że wyjdą same cuda – z malowankami CreArt od Ravensburger, jakby to ująć, nie ma innej opcji. Sprawdzone info. Na własnej skórze przekonałam się, że firma postawiła w tym przypadku na jakość. A ta jakość niesie za sobą niezawodny sposób na relaks, wyciszenie, skupienie, ćwiczenie koncentracji. Ale przede wszystkim była to dla mnie radość w najczystszej postaci.

Chciałam też stworzyć osobny akapit z moimi radami na temat malowania po numerkach, jak się do tego zabrać, od czego najlepiej zacząć itd. Ale byłoby to nadużycie, tak prostych czynności zwyczajnie się nie tłumaczy. Malujcie po numerkach – to moja rada. Ach, no i może jeszcze jedno. Jak przyjdzie Wam do głowy popijać kawę podczas malowania, to uważajcie tylko, żeby podczas moczenia pędzla nie pomylić kubków. Tak tylko piszę.

PODOBNE WPISY

ZOSTAW KOMENTARZ